“Definiowanie własności” autorstwa Paula Grahama

Marzec 2012

Jako dziecko przeczytałem książkę z opowieściami o słynnym osiemnastowiecznym sędzim z Japonii o imieniu Ooka Tadasuke. Jedna ze spraw które rozsądzał została wniesiona przez właściciela baru z jedzeniem. Biedny student, który mógł tylko pozwolić sobię na ryż, jadł go, jednocześnie delektując się zapachami z kuchni dochodzącymi z tego baru. Właściciel chciał, by student zapłacił za zapachy, które dawały mu przyjemność. Student kradł jego zapachy!

Ta historia przypomina mi się za każdym razem, gdy słyszę o RIAA i MPAA oskarżających ludzi o kradzież muzyki i filmów.

Brzmi dla nas absurdalnie, by traktować zapachy jako własność. Ale mogę wyobrazić sobie sytuację, w której ktoś mógłby żądać opłat za zapachy. Wyobrażcie sobie, że żyjemy w bazie na księżycu, gdzie powietrze sprzedawane jest na litry. Mogę sobie wyobrazić dostawców powietrza dodających aromaty za dodatkową opłatą.

Powód, dla którego wydaje nam się absurdalne, by traktować zapachy jako własność wynika z tego, że taki system by nie działał. Na bazie księżycowej jednak, mógłby.

To co jest uznawane za własność zależy od tego co jesteśmy zdolni uznać za własność. A to nie tylko może się zmieniać, to się zmienia. Ludzie zawsze (dla pewnych definicji człowieka i zawsze) traktowali małe obiekty noszone przez osobę za własność. Ale ludy zbieracko-łowieckie nie traktowały ziemi, na przykład, jako własności w takim rozumieniu jak my. [1]

Powodem, dla którego tak wiele ludzi uznaje, że własność ma jedną, niezmienialną definicję, jest to, że ta definicja zmienia się bardzo wolno. [2] Tak się jednak składa, że znajdujemy się właśnie w środku takiej przemiany. Koncerny muzyczne i studia filmowe dystrybuowały to co tworzyły jak powietrze przez tuby na stacji księżycowej. Ale wraz z nadejściem sieci, przenieśliśmy się na planetę, której atmosferą możemy oddychać. Dane przenoszą się teraz jak zapachy. Koncerny i wytwórnie, przez połączenie myślenia życzeniowego i krótkoterminowej zachłanności, ustawiły się w pozycji tego właściciela baru, oskarżając nas wszystkich o kradzież ich zapachów.

(Powodem dla którego używam określenia “zachłannośc krótkoterminowa” jest fakt, że prawdziwym problemem z wytwórniami i studiami jest to, że ludzie, którzy nimi kierują są wynagradzani premiami, a nie akcjami. Gdyby byli nakręcani akcjami swoich firm, szukali by sposobów by wykorzystać przemianę technologiczną, zamiast walczyć z nią. Ale tworzenie nowych rzeczy trwa zbyt długo. Ich premie zależą od przyszłorocznych przychodów, a najlepszym sposobem by je podnieść jest wyciągnięcie więcej kasy z tego co już robią.)

Co to znaczy? Czy ludzie nie mają prawa, by naliczać za to co tworzą? Na takie pytanie nie istnieje prosta odpowiedź typu tak lub nie. Ludzie mają prawo naliczać za kontent kiedy naliczanie za kontent działa.

Ale przez “działa” mam na myśli coś bardziej subtelnego niż “kiedy im się uda”. Mam na myśli kiedy ludzie mogą naliczać za kontent bez zakładania kaftanów bezpieczeńśtwa na całe społeczeństwa, by móc to zrobić. Ostatecznie, firmy sprzedające zapachy na księżycu mogłyby nadal to robić na Ziemi, gdyby udało im się lobbingowo wymusić prawa zmuszające nas wszystkich do oddychania przez ich tuby także tutaj, choć nie jest nam to już konieczne.

Szalone kroki prawne, które podejmują te wytwórnie i studia właśnie tak wyglądają. Gazety i magazyny mają podobnie przerąbane, ale one przynajmniej odchodzą z wdziękiem. RIAA i MPAA zmusiłyby nas do oddychania przez tuby gdyby mogły.

Ostatecznie, wszystko sprowadza się do rozsądku. Kiedy naruszasz system prawny przez próbę wykorzystywania masowych pozwów przeciwko losowo wybranym ludziom jako formy przykładowego ukarania, albo lobbujesz za przepisami, które zepsułyby Internet gdyby udało się je przeforsować, to jest to ipso facto dowód, że używasz definicji własności która nie działa.

To właśnie w tym miejscu okazuje się, że fajnie mieć działające demokracje w wielu niezależnych krajach. Gdyby świat miał jeden, autokratyczny rząd, wytwórnie i studia mogłyby kupować prawa definiujące własność jako cokolwiek by chciały. Ale na szczęście są wciąż na świecie kraje, które nie są koloniami praw autorskich Stanów Zjednoczonych, a nawet w USA, politycy nadal obawiają się obywateli, jeśli tych zbierze się wystarczająco dużo. [3]

Ludzie, którzy rządzą USA mogą nie być zachwyceni kiedy obywatele lub inne kraje odmawiają nagięcia się do ich woli, ale ostatecznie leży to w naszym interesie, aby nie istniał jeden punkt, który ludzie chcący opakować prawo, by służyło ich interesom, mogliby zaatakować. Własność prywatna jest niesamowicie potrzebną ideą – możliwe, że jednym z największych wynalazków. Dotychczas, każda jej nowa definicja przynosiła nam rosnące bogactwo materialne. [4] Wydaje się być rozsądnym, by założyć, że najnowsza też to uczyni. Byłoby katastrofalne gdybyśmy wszyscy musieli korzystać z przestarzałej wersji tej definicji, tylko dlatego, że kilku potężnych ludzi jest zbyt leniwych, aby przejść na nowszą.

Przypisy

[1] Jeśli chcesz dowiedzieć się więcej o ludach zbieracko-łowieckich, polecam książkę Elizabeth Marshall Thomas “The Harmless People” oraz “The Old Way“.

[2] Zmiana w definicji własności jest zazwyczaj wynikiem postępu technicznego, a ponieważ postęp techniczny przyspiesza, można założyć, że tempo zmian w definicji własności również. To zaś oznacza, że tym ważniejsze jest dla społeczeństw, by mogły łagodnie reagować na te zmiany, ponieważ będą one następować coraz szybciej.

[3] Z tego co wiem pojęcie “kolonia praw autorskich” (ang. copyright colony) zostało użyte po raz pierwszy przez Mylesa Petersona.

[4] Stan technologii nie jest wyłącznie funkcją definicji własności. Każde z nich zawiera się w drugim. Ale pomimo tego, nie możesz mieszać w definicji własności bez wpływania na (i prawdopodobnie szkodzenia) stanowi technologii. Historia ZSSR daje nam żywy przykład iluistrujący taką sytuację.

autor: Paul Graham
tłumaczenie: moje (wersja do edycji)

L20n – what to add before 1.0

As I mentioned in my last blog post, we’re narrowing down the list of features that we’re willing to consider for inclusion into L20n 1.0 prior to its freeze and release.

Here’s the list:

Name Driver Target Milestone
difference between entities/macros from the resource and variables provided by the developer stas 1.0
difference between public and private attributes/entities gandalf 1.0
default values for hashes/arrays gandalf 1.0
globals namespace gandalf 1.0
import command gandalf 1.0
conditional blocks gandalf 1.0
value as ID (gettext mode) stas ?
string as ID (simple gettext mode) stas ?
key as string stas ?
relative referrals gandalf 1.0
dependency list gandalf 1.0
computer readable comments gandalf ?
multi-language resource files gandalf 1.0
Switch expression gandalf ?
attribute indexes stas 1.1
nested indexes gandalf 1.0
Expression errors gandalf 1.0
workflow gandalf 1.0
resource file syntax stas (support from: kaze, fantsai) 1.0
forbid referencing public entities stas ?
Macro attributes gandalf ?

All of those features represent some feedback item we got and we’re trying to evaluate it ASAP in order to finalize the parser/interpreter couple and work on the workflow toolchain for L20n 1.0 next.

If you want to discuss any of the items, join our localization-20 group and start a new thread for each feature.

If you want to add a new feature to be considered, start a wiki article in L20n/Features namespace.

 

L20n, feedback round

Last months have been extremely busy for L20n. I basically focused 100% of my time on the project, driving simultaneously multiple aspects of the project to completion.

L20n is a very complex project, not only technically, but also socially. Localization technologies have always been of minor importance for most of the software world so we never really develop technologies that could anyhow match the complexity of the human languages. The most common mindset, even among those who have to deal with localization, is that you can get “most of the stuff” done with simple key-value pair lists where English string is a key, and target localization string is a value.

It’s a bit like claiming that most of Firefox front end could be written in BASIC.

L20n is on the other side of the spectrum. It brings the localization technology to the new level, and in result breaks almost all paradigms of what people are used to do with l10n and breaks how it “usually works”.

In result, the major challenge when helping someone learn what L20n is, is to convince the person that she has to stop trying to match its components to the concepts the person knows from other l10n frameworks. It will just not do.

The reward is that once you get beyond the game of “how does L20n relate to Gettext / DTD / Properties?” people get into the “Oooh!” moment and what follows is a litany of ideas of what would be nice to have if we are about to reinvent the localization technologies. I love it 🙂

As many project leaders before me have observed, getting close to a target milestone always turns you from a visionary leader that sets the goals and drives them to completion into some sort of a butcher that says “no” to everything except the most crucial additions in the fear of never ending cycle of adding more and more without getting your project released.

So here we are. For the last month we’ve been working pretty close with several projects – Boot 2 Gecko, Jetpack, Firefox – and we got plenty of feedback, from minor additions to major suggestions. Now is the time to narrow down the list of changes we’re ready to incorporate for 1.0, close the list, work toward the release, and push everything else back to L20n:Next.

In the next blog post I’ll list the proposals and the status of the discussion on those.

Mozillians on Digital Freedom

Matjaz wrote a blog post on his presence in ACTA debate in Slovenia. With multiple interviews, shows and a speech at a government organized roundtable discussion, Matjaz became an ad-hoc representative of our collective in front of the audience that we rarely interfere with. That is just awesome Matjaz! Congratulations, dude!

But it’s not only Matjaz! Mozillians have been active all around Europe in the public debate on ACTA. Me and Staś have been both helping the civic NGO side on ACTA front in Poland, Otto in Estonia, and Bogo in Sofia, just to mention a few.

Three things that strike me about this are:

1) The whole generation of Mozillians who gained their experience by shaping local Mozilla communities in Europe are now becoming respected public figures precisely because of what we are doing at Mozilla project. For years we’ve been responding to what was needed, adapting to the changing landscape on the cross of the local and global Web, growing up to roles that had to be filed. It’s amazing to see that our experience and cred gained by fighting for the Open Web is now placing us in the spotlights when the future of the Internet is being debated.

2) We all seem to intuitively build our positions on a small set of principles that we wrote just a few years ago.
I remember the time when Gerv has been driving the conversation at FOSDEM trying to isolate the limited set of statements and principles that unite us, Mozillians, and I even remember voices questioning the need for such a document arguing that we were successfully able to raise and grow our project without it.
These days, the very first thing that we do when we face something that we intuitively feel is wrong for the Internet, is that we cross check it against the Mozilla Manifesto.

We are united under this manifesto, it does work as a written summary of what we believe in and now it serves us as a point of reference when we face proposals that are not in line with the Internet that we want to see. Just take a look at Polish Mozilla Community position on ACTA, or read Matjaz’s speech.

It  grows far beyond what we originally expected and everyone who worked on this document should be proud now. I certainly am!

3) As individuals, but also as representatives of Mozilla project, we are being asked to speak, because people want to know what Mozilla thinks. It’s important. Like in all other debates that we took part in, web standards, browser wars, web video formats or privacy, Mozilla has a unique role and it’s fundamental for us to walk this thin line of subtle balance that we aim for with our hybrid nature. I’m particularly proud to read Mitchell’s words and also journalists commenting on our statement in a way like the following:

Essential statement on ACTA by Polish Mozilla Community
(…)
It’s worth pointing out, that the community’s position is very rational, calm and stripped of the emotions that are driving most of the conversation these days.
(…)
Polish PM, Donald Tusk, has said that Poland will not ratify ACTA if the there will be any doubts, and this statement by the community clearly presents those that are of vital importance for the information society.
(…)
The statement written by the Mozilla community in Poland is important for yet another reason. Its authors are not connected to any market player. Mozilla Community is not an NGO or political organization. Usually, Mozilla and its community do not comment law related topics.
(…)
Those are the people that usually avoid law related topics focusing on their great, a bit crazy vision.
Apparently what has happened, made them feel they have to speak up.

In cases like SOPA in US or ACTA in Europe, Mozilla DNA that has shaped all of us, is being injected and influences the debate in a profound way.
The same vision that has shaped Firefox, Thunderbird, Drumbeat and tons of other projects and products, and through this influenced how the Web looks like today on both, technological and social layer, has also shaped our minds and beliefs, and through this is now impacting the public debate that is being held all around the world on the future of the Interent.

Isn’t that just amazing?

p.s. We’re igniting a newsgroup devoted to the topic of digital freedom. Join us there!

Stanowisko Polskiej społeczności Mozilli w sprawie ACTA

Polska społeczność Mozilli opublikowała stanowisko w sprawie decyzji Rady Ministrów w sprawie podpisania umowy ACTA.

Zachęcamy do zapoznania się z naszymi wnioskami.

Mozilla Europe i Mozilla w Europie

Projekt Mozilla odnosi niesamowite sukcesy w Europie. Cele jakie postawiliśmy sobie, spisane w ramach Manifestu Mozilli, są bardzo dobrze odbierane w środowisku Internautów w Europie.

Dzięki temu Mozilla ma świetne wyniki udziału na rynku Europejskim, ogromną rzeszę osób uczestniczących w projekcie, świetne kontakty z innymi społecznościami internetowymi, silne społeczności lokalne i w efekcie mamy miejsce przy stole w trakcie ważnych debat dotyczących przyszłości Internetu.

Mało kto jednak wie, że ten sukces udało nam się osiągnąć korzystając z bardzo skomplikowanej struktury organizacyjnej – w rzeczywistości istnieją trzy organizacje które powstawały w różnych momentach w odpowiedzi na konkretne problemy jakie nasz projekt napotykał (mozilla.org, mozilla.com i mozilla-europe.org).

Peterv ustawia pierwszy hosting dla Mozilli Europe w 2003

W ciągu ostatnich lat społeczność Mozilli w Europie pracowała wymiennie z jedną z tych trzech organizacji co niepotrzebnie komplikowało sytuację i utrudniało synchronizację.

Jedną z nich, stricte europejską jest stowarzyszenie Mozilla Europe założone w 2004 roku przez grupę aktywistów Mozilli w czasach gdy Mozilla Foundation nie była w stanie operować efektywnie na terenie Europy i szukaliśmy własnych rozwiązań pozwalających nam organizować nasz projekt.

Przez ostatnie 7 lat Mozilla Europe opiekowała się większością aktywności projektu, organizowała spotkania, wspierała konferencje, uczestniczyła w rozwiązywaniu konfliktów w społecznościach, chroniła marki, współpracowałą z prasą i angażowała się we wspieranie rozwoju projektu w różnych regionach Europy.

Od lipca 2005 miałem zaszczyt uczestniczyć w pracach stowarzyszenia jako członek zarządu. Był to niesamowity czas i ogromna odpowiedzialność, ponieważ Mozilla Europe koordynowała tworzenie się struktur i społeczności w Europie, ale też szansa na wykorzystanie mojego doświadczenia i wiedzy z Polski w skali całego kontynentu.

Mozilla jes niezwykłym projektem, ponieważ od wielu lat już stanowimy tak unikalny byt, że nie mamy od kogo się uczyć. Wszystkie decyzje, struktury, modele pracy i rozwiązania jakie mają służyć realizacji naszej misji musimy albo wymyślać całkowicie od nowa, albo adaptować do swoich potrzeb te zaczerpnięte od innych projektów Internetowych, kreatywnych firm, fundacji non-profit, albo projektów Open Source.

Dotychczasowe decyzje i kierunki działań pozwoliły nam rosnąć i adaptować się do zmian na rynku Internetowym na tyle skutecznie, że dziś Mozilla ma większe możliwości realizowania swoich celów statutowych niż kiedykolwiek w przeszłości!

To zaś pozwala nam skupiać się na adaptowaniu i rozwijaniu samej struktury projektu, tak aby przenosić udane rozwiązania lokalne na poziom globalny. W efekcie powstał projekt “One Mozilla”, którego celem jest unifikacja projektu w ramach jednej organizacji globalnej – Mozilla Foundation.

W efekcie powoli i sukcesywnie staraliśmy się identyfikować działania jakie podejmuje stowarzyszenie Mozilla Europe i wdrażać je na skalę globalną w ramach całego projektu. Wiele inicjatyw które przez lata działy się tylko w Europie pod auspicjami Mozilli Europe staje się globalne jak funkcje reprezentantów Mozilli, wolontariuszy pełniących funkcje rzeczników prasowych, uczestnictwo w konferencjach, organizacja własnych spotań w ramach inicjatyw MozCamp, współpraca z agendami rządowymi zajmującymi się Internetem i tak dalej.

Taki model organizacji pozwala nam lepiej skalować nasze działania na cały świat i pomagać innym regionom korzystać z tego co powstało w Europie, a także ułatwia synchronizację i efektywność relacji między projektem a fundacją.

Efektem ubocznym była też powolna redukcja roli stowarzyszenia Mozilla Europe na rzecz globalnej Mozilla Foundation i ostatecznie zarząd Mozilli Europe przy współpracy z Mozilla Foundation podjął decyzję o rozwiązaniu tej pierwszej i przekazaniu wszystkich inicjatyw pod auspicja globalnej Mozilli Foundation.

Ten ruch jest czysto operacyjny, nie wpływa w żaden sposób na nasze cele, działania i prace. Mozilla Europe nie zatrudniała pracowników i zarząd jest przekonany, że ta decyzja nie powinna mieć żadnego wpływu na pracę projektu i naszych społeczności.

Prezes stowarzyszenia, Tristan Nitot, oraz członkowie zarządu z niżej podpisanym, będą nadal opiekować się działaniami Mozilli w Europie i traktujemy ten ruch jako czystą redukcję biurokracji a także okazję do przedyskutowania modelu organizacji naszego projektu w Europie.

Chcemy zaktywizować większą grupę lokalnych społeczności do pracy na poziomie całej Europy i uruchamiamy nowe inicjatywy pozwalające większej liczbie osób wpływać na losy Mozilli na poziomie całego kontynentu. Mamy nadzieję także na silniejszą reprezentację naszych działań w ramach projektu Drumbeat oraz licznych inicjatyw znanych z Mozilla Labs w Europie a także planujemy otworzyć kilka otwartych przestrzeni dla osób zainteresowanych pracą nad rozwojem Internetu w ramach projektu MozSpaces. Pierwsze powstaną w Londynie i Berlinie w 2012.

Byłem ogromnym zwolennikiem tego rozwiązania ponieważ widzę w nim szansę na lepszą adaptację naszych działań w Europie do dynamicznego rynku Interentowego oraz na zwiększenie aktywności samej Mozilla Foundation na poziomie globalnym w Europie, Azji, Afryce czy Ameryce Południowej.

Europa jest przykładem i inspiracją dla społeczności Mozilli na całym świecie i wierzymy, że nasze globalne struktury są dziś wystarczająco silne, aby móc bezpośrednio angażować się i reagować na potrzeby lokalne. Sieciowa struktura naszego projektu dojrzała przez ostatnie lata i sprawia, że możemy dziś więcej niż kiedykolwiek przy mniejszym poziomie biurokracji.

Członkowie zarządu Mozilli Europe wraz z liderami społeczności lokalnych stworzą następny rozdział historii Mozilli w Europie i współpracując z Mozilla Foundation będziemy rozwijać projekt Mozilla reagując na potrzeby i wyzwania kolejnych lat.

Tyler o ocenie błędów

uwaga: ten post jest moją prywatną opinią, nie jest stanowiskiem żadnego z projektów w których pracuję.

uwaga 2: ten post nie jest opinią o wszystkich portalach i vortalach informatycznych. Są wciąż serwisy które dbają o jakość informacji, które weryfikują dane, które szukają u źródeł, których dziennikarze interesują się tematem na który piszą, a i w tych które wywołam tutaj do tablicy nie zawsze jest tak źle. Ale jest źle wystarczająco często bym pozwolił sobie na uogólnienia.

Przepraszam, że niezbyt często tu piszę ostatnio, ale mam mnóstwo pracy z L20n, Pontoonem i innymi fantastycznymi projektami nad ktorymi pracujemy i coraz mniej motywacji do prostowania tego co panowie copy&pasterzy napichcą.

Tym razem jednak zbieram się w sobie i prostuję ponownie. Otóż webhosting, dziennik internautów i dobre programy znów łyknęły plotkę i bujde ze slashdota jak rybka haczyk i ucieszone donieść raczyły, że “były szef społeczności”, że “zrezygnował”, że zanim to zrobił doniósł o “nowy cykl wydawniczy (…) bardzo źle wpływa na jakość Firefoksa” i tak dalej i tak dalej.

Pewnie, można olać, wszak to, że panowie wykonująct te copy&paste tłumaczenia (czasem nawet z autorskim komentarzem, zazwyczaj sarkastycznym i definitiwnie wieszczącym kłopoty Mozilli, ewentualnie deklarującym ekspercką wiedzę jakoby innym przeglądarkom wiodło się lepiej) zrobią to następnym razem niezależnie co tu napiszę.

Wiemy to bo niecałe półtora tygodnia temu te same portale donosiły o nieuchronnym usunięciu numerków wersji z okna “O Programie” Firefoksa dokładnie w ten sam sposób klonując sensacyjne doniesienia slashdotów z tak samo poprzekręcanymi faktami, plotkami i przekłamaniami. A 4 dni temu donosiły, że Mozilla planuje walczyć z Chromem przez WebAPI… i tak dalej…

Wiemy też, że tak jak zawsze nie skorzystają ze starej dziennikarskiej zasady pytania u źródeł, albo chociaż dania szansy wypowiedzenia sie drugiej stronie do której kontakt dostają regularnie od Lukasza Kluja, ode mnie, googlając/bingując Mozillę w Polsce lub na ślepo wpisując press@aviary.pl. Nic to nie da.

I tym razem wpadka, pomyłka, nie przyniesie wstydu, w odróżnieniu od slashdota nie zaktualizują swoich wpisów, nie zawstydzą się a czytelnicy radośnie w komentarzach skorzystają z okazji do kolejnego flamewara na temat tego która przeglądarka jest lepsza i jakim epitetem obrzucić współkomentatora który śmie woleć inną.

No to dla sprostowania:

  • Mozilla nie jest firmą w tradycyjnym tego słowa znaczeniu. Jest projektem, społecznością. Wszyscy którzy się wypowiadają i pracują w nim to kontrybutorzy, członkowie społeczności. Tyler jest członkiem projektu Mozilla. Część osób jest zatrudniona w Mozilla Foundation w różnych formach do różnych zadań. Tyler nie jest.
  • Tyler nie zrezygnował z uczestnictwa w projekcie tylko z pracy w grupie zajmującej się oceną nowych zgłoszeń
  • Tyler nie napisał nic na temat wzrostu liczby błędów w Firefoksie w wyniku nowego modelu wydań
  • W projektach open source pojęcie “bug” odnosi się do każdego zgłoszenia – czy to jest błąd, czy propozycja zmiany, czy pomysł. Zdecydowana większość z tych zgłoszeń jest nieprawidłowa lub duplikuje zgłoszenie już istniejące. Pisanie więc o “6000 błędów w Firefoksie” jest więc po prostu myleniem czytelników.
  • Ocena zgłoszeń to praca która od zawsze w Mozilli jest ścieżką przez którą przechodzi wielu nowych wolontariuszy, ja zaczynałem od pracy nad tym, Gavin, i inni też. Od takiej funkcji sortowania i kategoryzowania błędów do realnej oceny wpływu szybkiego cyklu na stabilność przeglądarki i liczbę błędów w niej jest bardzo daleko.
  • Jeśli któryś z dziennikarzy interesuje się naprawde tematem stabilności przeglądarki to może zechce przetłumaczyć wpis Jessiego Rudmana na temat statystyk błędów krytycznych Firefoksa w kolejnych wersjach (i artykułu Kairo na ten temat?)
  • Bugzilla Mozilli w ogóle nie jest narzędziem “jakościowym” tylko “ilościowym”, zbieramy setki zgłoszeń dziennie, większość nigdy nie zostanie rozwiązana, bo albo nie ma sensu, albo nie jest ważna (w stylu: “Hinduska wersja Firefoksa na system Solaris sprzed trzech lat ustawiony z czcionką cyrylicy nie wyświetla poprawnie strony CNN w wersji z 2008 roku”), albo nie jest do odtworzenia, albo nie jest w ogóle problemem tylko propozycją którą nikt się nie zajął i czeka na kogoś kto się danym tematem zainteresuje. Rozmowa o liczbach w takim kontekście i emanowanie nimi jest wynikiem głębokiego niezrozumienia tematu o którym się pisze.
  • Tyler napisał dwa sprostowania. Niestety sprostowania są mniej skandaliczne, a więc mniej atrakcyjne, niż oryginalna plotka. Szkoda, prawda?

Dużo się dyskutuje ostatnio na temat przyszłości prasy i mediów w dobie Internetu. Niestety z przerażeniem obserwuje dewaluację jakości dziennikarstwa dotyczącego tematów komputerowych, które idzie równolegle ze wzrostem liczby osób używających Internetu i zwiększającą się dynamiką tego co się w Webie dzieje.

W tym samym czasie kiedy wszędzie wokół mnie w Polsce kiełkują społeczności eksperckie, sceny front-endowe, back-endowe, webappowe, HTML5, webgamingowe itp. dziennikarski front słabnie w oczach, redukuje siebie sam do formy it-plotek.pl i skupia się na straszeniu użytkowników.

Czasem zastanawiam się jak to jest pracować jako dziennikarz IT, podpisywać się nazwiskiem pod tekstami i do tego stopnia nie interesować się tym co się dzieje z Siecią. Nie rozumieć czym jest Mozilla, czym Webkit, jak tworzone są standardy, jak wygląda współpraca twórców przeglądarek, czym jest W3C, Ecma albo jak działają projekty open source.

To smutne, ale drodzy panowie redaktorzy – obserwowany przez Was spadek czytelnictwa nie wynika z “kryzysu” mediów ani tego, że ktoś Wam “kradnie” czytelników. Obniżacie jakość, skupiacie się na plotkach, właściwie większość tego co piszecie o wydarzeniach wokół przeglądarek jest pełna przeinaczeń, błędów i dowodów, że tak naprawde tym tematem niezbyt sie interesujecie i nie staracie się go poznać. Dziwi Was zatem odwrót czytelników? Moim zdaniem głosują nogami.

A panowie rednacze – newsy o przeglądarkach cieszą sie popularnością? To może zatrudnijcie do pisania ich osoby które interesują się przeglądarkami? Na eventach takich jak Front Trends, Falsy-Values, czy zbliżający się onGameStart właściwie każda, losowo wybrana osoba będzie się nadawać. Zyjemy w czasach pasjonatow, warto z tego korzystac do budowania wartosciowych srodowisk 🙂

simple bash script to recompile libxul

Since I started working on L20n bindings for XUL I always felt frustrated that our build system cannot properly recompile the dependencies. When I work on XUL I’d like to just be able to type:

cd ./content/xul;
make;

and be done with it.

Unfortunately, for the reasons that are beyond my level of understanding, it never worked this way. Fortunately, the bits that you have to recompile are always the same so I created a small bash script that recompiles what I need plus the dependency:

DIR="$( cd "$( dirname "$0" )" && pwd )"

cd $1 && 
make &&
cd $DIR/layout &&
make &&
cd $DIR/toolkit/library &&
make

Just place it in your build-dir and then:

./rebuild.sh ./content/xul

will do the rest

enjoy!

 

Perceived proximity on the Web

Over the years of traveling around the world to evangelize about Open Web and explaining the position and role Mozilla holds, I’ve encountered an interesting phenomena that I tried to put into a social context for quite some time.

My last trip to China, where I had met with Mozilla community in Shanghai triggered me to write about it, so here it comes.

The Web

The Web is a virtual plane on which human interact. It’s an incredible and amazing plane which breaks a vast number of physical laws and, in consequence, economical laws, biological laws, psychological laws, and, maybe in a most profound way, social laws.

From the social perspective, the web changes everything because  it holds an unprecedented characteristic:

The Web almost fully neutralize three basic physical dimensions in which humans operate, and, if that was not enough, it also severely limits the fourth one – time!

Think about it for a moment, please. Isn’t it mind blowing that we’re here, now, as it happens?

Spatial dimensions

Things on the Web are equally “close” to each Web user and the “dimension” that is closest to replace spatial distance – connection speed – is just a temporary factor that is disappearing over the course of a few years becoming ignorable itself.

It may not be the first invention that reduces the eternal impact of spatial dimensions on human life – cars, planes, mail, they all contributed to the sense of the world getting smaller, but the Web just cut it off entirely. You have access to this text from each place on Earth at the very same moment and you can build meaningful connections with everyone on the planet using the same techniques we use to build connections with our neighbors.

The laws of physical proximity and its impact on our social life is being transferred onto the Web and suddenly everyone is socially close to everyone else.

Time

Similar shift happens with the fourth dimension. With mobiles devices, laptops, SMS, video chats, forums, and push&pull notification systems we’ve not only overcame physical distance limitations but we also built a plethora of technologies to store, in a lossless mode, every data byte transferred between human beings. Every piece of communication. Every smile, every word, every information, story or emotion that we manage to encode into any of the digital communication channels may be stored, multiplied, transformed and replayed forever.

Once again, the Web is not the first medium to do it, books, photographs, CD’s, vinyl and cameras where there before, but the Web brought it to the next level. Everything that manages to fit the web can be ripped of action-time limitation. It doesn’t matter when it happens, and how far did it happen. I can record my fingers typing this text and broadcast them to everyone around the world plus let anyone interested watch it in 100 years. All this interesting social/cultural/memetic implications about your daughter reading your blog posts from when you were sixteen kick in!

And the price limes is zero! It costs almost nothing and it will cost less and less! (making economy laws not fit anymore).

Physical vs. virtual

Hola, hola! – as many of my spanish fluent friends would say – but that’s all virtual. Yes, we removed spatial and time dimensions but only from information. Nothing changes in the realm of physical objects. No teleportation, no time travels, right? Right!

Continue reading “Perceived proximity on the Web”

Pontoon has a new leader!

Oh, Pontoon, hi! When we introduced the idea of Pontoon on the forum of Mozilla Planet, it generated quite a lot of positive comments, but nothing close to what has happened when we showed the first live demo (Shaver did!) at Mozilla All-Hands in 2010.

Pontoon represents what, I believe, will be the future of web localization and I tried my best to rush it to the point where we will be able to verify if such an approach is realistic, but from there, I failed to find enough time to give this project the love it deserves.

Worry not, great ideas don’t perish, and it sometimes takes a vacuum to appear for a new leader to step in!

I had luck to drive Pontoon to the point where it attracted several souls from Mozilla community to keep pinging me, keep asking about it, and, what’s always the best result of an idea, to act.

In particular one gentleman, my long time friend from Slovenia – Matjaž Horvat, stepped up and took what was there, turned a crank, wrote some code, draw a mockup, moved pieces around, stitched it a bit, and probably invoked some primal magic to assemble new version of it, available here – http://horv.at/pontoon/.

He was able to take the source code to the next level and covered up the visual appearance and user experience zone which has been sorta ignored since we started and needed love. He was also willing to jump in and join me and we’re lucky enough to get Mozilla backing for this project which resulted in Pontoon having a new leader!

I’m proud to announce that I’m stepping down from Pontoon leadership position and Matjaz is taking over! I’ll be serving him as a mentor and a peer and I’m absolutely confident that the baby is in the right hands!

Please, join me in congratulating Matjaž!

You can also track his progress at http://horv.at/blog/ and on Twitter.:)